← Wróć do książek

Fragment powieści „One temu winne”

Nie musiała pukać ani dzwonić. Drzwi były jak zawsze otwarte, więc powoli nacisnęła klamkę, a potem wzięła głęboki wdech i weszła do środka. Powietrze pachniało kurzem, stęchlizną, suszonymi ziołami, lawendą, wrotyczem i czymś jeszcze, czymś bardziej cielesnym, nie do końca przyjemnym – Meg nie potrafiła tego nazwać, ale wiedziała, że ten zapach to nowość – wcześniej go nie było. Wnętrze wydało jej się mniejsze, niż zapamiętała. Niskie ściany dźwigały sufit. Wyglądał, jakby w każdej chwili mógł się załamać. W rogach rozpanoszyły się pajęczyny. Popołudniowe światło, które wpadało przez okna, odbijało się od ich ażurowych wykrojów, głaszcząc odwłoki pająków tęczowym poblaskiem. Można byłoby wręcz pomyśleć, że pajęczyny przyczepiono tu specjalnie, jako ekscentryczny element wystroju wnętrz. To by nawet pasowało do Reginy. Po chwili Meg zauważyła jednak okulary leżące na stole. Pamiętała te olbrzymie oprawki muchy i grube szkła na wiele dioptrii jeszcze z czasów, gdy ciotka prowadzała ją do przedszkola. Już wtedy ich fason trącił myszką. Meg nie chciała nawet myśleć, jak bardzo od tamtego czasu pogorszył się Reginie wzrok. Znów zerknęła na pajęczyny.

– Madziu, to ty? – Usłyszała szuranie kapci i niski głos z drugiego pokoju. Przez chwilę nie wiedziała, do kogo było skierowane to pytanie. Od tak dawna była Meg, nie żadną Magdaleną, Magdą, a już na pewno nie Madzią. Znów wzięła głęboki wdech, co nie było łatwe, biorąc pod uwagę panujący w przedpokoju zaduch. – Dziecko? – Drzwi uchyliły się i stanęła w nich Regina. Ona też wydawała się mniejsza, niż zapamiętała to Meg. Miała za to dużo więcej włosów – długie do pasa, rozpuszczone i potargane, niemal fosforyzowały bielą. Jej twarz zdobiły zmarszczki, nie była to żadna „siateczka”, jak lubiły to opisywać kobiece magazyny. Bruzdy żłobiły czoło, stając na chwilę na baczność między brwiami, i rozchodziły się promieniście z kącików oczu, by spłynąć kaskadą po policzkach. Olej z pestek jabłek, którego odmładzające właściwości propagowała całe swoje życie, najwyraźniej nie przyniósł spodziewanych korzyści. Regina była też opalona, a słońce zostawiło na jej skórze plamy jak na przypalonym naleśniku. Tylko oczy miała wciąż takie same. Krystalicznie zielone tęczówki, białka tak białe, że aż niebieskie. I te iskierki w spojrzeniu. Iskierki w spojrzeniu osiemdziesięciosiedmioletniej kobiety.

Meg zastygła na chwilę, nie do końca przekonana, co powinna zrobić. Kiedyś podeszłaby swobodnie i złożyła na czole Reginy serdeczny pocałunek. Ale to było dawno, w poprzednim wcieleniu. Teraz najchętniej uciekłaby z tego pachnącego stęchlizną domu. Zamiast tego zaczęła studiować plamkę z błota na czubku swojego buta. Zegar głośno odmierzał kolejne sekundy ich życia.

To starsza pani zrobiła pierwszy krok, szurając po podłodze wełnianym kapcioszkiem. Jednak nie w kierunku Meg, a stolika, na którym zostawiła swoje wielkie okulary. Nałożyła je na nos i zmierzyła Meg spojrzeniem tak intensywnym, jakby prześwietlała najgłębsze zakamarki jej duszy. Wzrokiem przewierciła się przez płaszcz w kolorze wielbłądziego beżu, wełnianą marynarkę i spodnie. Następnie przebiła się przez kaszmirowy sweter, jedwabną koszulę, potem skarpetki tłoczone w romby, neutralną, cielistą bieliznę, złoty łańcuszek i kolczyki z pereł. Wreszcie przedarła się przez kolejne warstwy skóry, aż doszła do mięśni. Na tym etapie Meg już wiedziała, że nie będzie miała sposobności, by uciec. Zastanawiała się, czy człowiek faktycznie jest w stanie zapaść się pod ziemię, ewentualnie spalić ze wstydu, i czy po wszystkim zdoła doczołgać się do wyjścia.

Nagle staruszka wstrzymała prześwietlenie. Odwróciła się na pięcie i podpierając się na klamce, wycofała do drugiego pomieszczenia.

– Chodź na ziółka – rzuciła przez ramię – Madziu.